Wyobraź sobie zimę w Tatrach pod koniec XIX wieku. Nie ma wyciągów, nie ma ratraków, nie ma prognoz lawinowych w telefonie. Nie ma nawet specjalnie pomysłu, po co miałby ktoś dobrowolnie wchodzić zimą wysoko w góry. Zima to pora, którą się przetrzymuje — nie pora, w której się jeździ.
A potem pojawiają się deski.
Dziwaczny sprzęt z północy
Narty przywędrowały do Polski ze Skandynawii pod koniec XIX wieku i początkowo traktowano je jako ciekawostkę. Pierwsze próby w rejonie Zakopanego kojarzone są między innymi z osobą Stanisława Barabasza — człowieka, który zjeżdżał na sprzęcie, jaki dziś większość z nas uznałaby za zestaw do samobójstwa: długie drewniane deski, sztywne wiązanie tylko na czubek buta, jeden kij do hamowania.
Technika była prosta, bo musiała być. Skręcało się szerokim łukiem albo wcale. Zjazd wyglądał bardziej jak kontrolowana katastrofa niż to, co dziś nazywamy jazdą. Ale to działało. Nagle okazało się, że zimą można się poruszać po górach szybciej niż na piechotę — i że jest to, delikatnie mówiąc, przyjemne.
Na początku XX wieku pojawiają się pierwsze organizacje narciarskie, a wraz z nimi coś ważniejszego niż sprzęt: środowisko. Ludzie, którzy jeżdżą razem, wymieniają się doświadczeniami, wytyczają trasy, spisują zasady.
Zima przestaje być martwym sezonem
To jest moment, który zmienił polskie góry naprawdę głęboko — bardziej niż jakikolwiek pojedynczy rekord. Miejscowości takie jak Zakopane, a później Wisła, Szczyrk czy Krynica, dostały drugi sezon. Zima przestała być czasem, kiedy nic się nie dzieje, a stała się czasem, kiedy przyjeżdżają ludzie.
Konsekwencje były ogromne i nie wszystkie dobre — o tym też warto uczciwie mówić. Powstały pensjonaty, koleje linowe, wyciągi. Pojawiły się pieniądze, praca i rozwój, ale też presja na przyrodę, wycinki pod trasy i spory o to, gdzie kończy się rozwój, a zaczyna dewastacja. Te dyskusje toczą się do dziś, przy każdej kolejnej inwestycji.
Złota era i nazwiska, które zostały
Okres międzywojenny to czas, kiedy polskie narciarstwo dojrzewa i wchodzi na europejskie salony. Pojawiają się zawodnicy klasy światowej, mistrzostwa świata organizowane w Zakopanem, sportowcy, którzy stają się postaciami rozpoznawalnymi w całym kraju.
Nazwiska takie jak Bronisław Czech, Helena Marusarzówna czy Stanisław Marusarz to nie tylko wyniki sportowe. To ludzie, których biografie splotły się z najtrudniejszą historią XX wieku — wojną, konspiracją, obozami. Historia polskiego narciarstwa jest więc przy okazji kawałkiem historii Polski i nie da się jej opowiedzieć jako czystej listy rekordów.
Powojenne dekady to z kolei czas masowego narciarstwa: wyciągi orczykowe, wypożyczalnie, szkolne wyjazdy, drewniane narty w piwnicy u dziadków. Pokolenia, które nauczyły się jeździć nie na obozie w Alpach, tylko na najbliższej górce za miastem.
Skoki, zjazd i to, co jest dziś
Późniejsze lata przyniosły boom skoków narciarskich, który zrobił z niszowej dyscypliny wydarzenie oglądane przez całe rodziny w niedzielne popołudnia. Ale w tle działo się coś jeszcze — narciarstwo się rozdrabniało na coraz więcej odmian.
Dziś „jeżdżę na nartach” może znaczyć zupełnie różne rzeczy. Może znaczyć rodzinny wyjazd na przygotowany stok. Może znaczyć skiturę — podchodzenie pod górę o świcie na fokach, żeby zjechać jednym śladem po nietkniętym śniegu. Może wreszcie znaczyć freeride: jazdę poza trasami, w terenie, którego nikt nie przygotował i który rządzi się własnymi prawami.
I to właśnie ta ostatnia odmiana najbardziej przypomina początki. Bo znów chodzi o człowieka, stok i decyzję — tylko dziś podejmowaną z całą wiedzą o lawinach, warunkach i ryzyku, jakiej Barabasz nie miał.
Sto trzydzieści lat, jedna rzecz bez zmian
Sprzęt zmienił się nie do poznania. Drewno ustąpiło kompozytom, jeden kij zamienił się w dwa, a potem w cały system zabezpieczeń, czujników i szkoleń lawinowych. Prognoza pogody jest w telefonie, a nie w przeczuciu gospodarza.
Nie zmieniło się natomiast to, co sprawia, że ludzie w ogóle to robią: moment stania na górze stoku, kiedy przed tobą jest tylko śnieg i decyzja, którędy jechać.
Ta ciągłość jest zresztą powodem, dla którego historia narciarstwa jest ciekawa nie tylko dla historyków. Kiedy ktoś opowiada o pierwszych zjazdach w Tatrach, a obok siedzi zawodniczka jeżdżąca dziś freeride’owe zawody na całym świecie, okazuje się nagle, że mówią o dokładnie tym samym uczuciu — tylko innymi słowami i w innym sprzęcie.
Na Festiwalu Ludzi Gór będziemy mieli okazję posłuchać obu tych perspektyw naraz. Historyka, który wie, skąd to wszystko się wzięło, i ludzi, którzy tę historię piszą dalej.
Festiwal Ludzi Gór — 6–7 listopada 2026, Konfero Ustroń. Spotkania z ludźmi, którzy przesuwają granice.